Wszystko zaczęło się w XVI wieku od wizyty wysłannika austriackiego cesarza Ferdynanda I do Konstantynopola, gdzie rezydował sułtan Sulejman Wspaniały. Był tak „wspaniały”, że najechał Węgry i otoczył Wiedeń, co cesarzowi podobać się żadną miarą nie mogło. Wysłannik zaś był Flamandczykiem o arystokratycznie brzmiącym nazwisku Ogier Ghiselin de Busbecq, który oprócz polityki bardzo interesował się botaniką. W trakcie podróży do Konstantynopola zauważył w jego okolicy mnóstwo kolorowych kwiatów w pełnym rozkwicie. A były to narcyzy, hiacynty oraz nieznane mu rośliny, które w wyniku językowego zamieszania zapamiętał jako tulipam. Później okazało się, że chodziło o słowo thoulpen, co po turecku oznacza turban, gdyż Turkom kształt
tulipanowego kwiatu właśnie z turbanem najbardziej się kojarzył. W taki oto sposób narodził się w naszym słowniku botanicznym tulipan.
Historia ma ciąg dalszy. De Busbecq zakupił kilka cebul, co go sporo kosztowało – jak z przekąsem zauważy w swoich notatkach – które wraz z nowym właścicielem pojechały do cesarskich ogrodów w Wiedniu. Misja pokojowa się udała, tak na marginesie. I to był początek międzynarodowej kariery tulipanów, które za kilka lat przekształci się w autentyczne szaleństwo graniczące z obłędem. Najbardziej podatni na tulipanową manię okażą się Holendrzy. A wszystko za sprawą flamandzkiego botanika Carolusa Clusiusa zwanego po polsku Karolem Kluzjuszem, który pracował w ogrodach cesarskich przy tulipanach i był oczarowany ich urodą. Kiedy żegnał się z Wiedniem, wracając do domu do Lejdy, zabrał ze sobą spory zapas tulipanowych cebul i posadził je w swoim przydomowym ogrodzie. Niespotykane do tej pory kwiaty wzbudziły niekłamany zachwyt mieszkańców oraz – co zrozumiałe- chęć ich posiadania na własność. Botanik nie chciał się jednak pozbywać cebul. Był albo zbyt chytry, albo nieżyczliwy? W każdym razie, cena jako rzucił za jedną cebulę tulipana odstraszyła wszystkich. Prawie wszystkich. Pewnej nocy, kiedy Kluzjusz spokojnie spał, ktoś ukradkiem wtargnął do ogrodu i wykopał większość rosnących tam tulipanów. Ten ktoś musiał mieć niezłą wiedzę ogrodniczą oraz niesamowitą determinację, gdyż szybko rozmnożone z kradzionych cebul tulipany zaczęły się pojawiać na terenie całego kraju.
Chciwość Kluzjusza przewrotnie stała się siłą założycielską holenderskiego biznesu tulipanowego, który początków XVI wieku trwa niezmiennie, aż do dzisiaj. Ale nie pomniejszajmy zasług samych tulipanów. Mają one tę cudowną cechę zmiany wyglądu w kolejnych pokoleniach, oczywiście rozmnażane z nasion. Nigdy nie wiadomo, co z nich wyrośnie. Wśród różnorodnych nowych kształtów i kolorów tulipanowych turbanów, co jakiś czas pojawiają się niezwykłej urody rarytasy. W tamtym czasach, a mówimy o XVII wieku, tego rodzaju unikaty odbierały miłośnikom sen i apetyt oraz bardzo często majątek. Jedna cebula jakiegoś wyjątkowego tulipana potrafiła być całym wianem dla młodożeńca i był on z takiego postawienia sprawy niezwykle zadowolony.
A teraz najbardziej zabawny wątek całej tej tulipanowej manii. Tulipany, oprócz wrodzonej zdolności do tworzenia nowych odmian, co nie jest niczym szczególnym w świecie roślin, są również podatne na różne choroby oraz szkodniki. Jednymi z najgroźniejszych patogenów atakujących tulipany są wirusy. Trzeba jednak przyznać, że robią to w wyjątkowo perfidny i jednocześnie artystyczny sposób. Wirus, po przedostaniu się do soku rosnącego tulipana, powiedzielibyśmy że do jego krwioobiegu, co odbywa się przy wrednym udziale mszyc, namnaża się szybko i sprawia, że płatki tulipanów zamiast ustalonej jednolitej barwy ni stąd ni zowąd mają pstrokaty wygląd, dzięki nieregularnym pasiastym przebarwieniom. Oczywiście, wtedy nikt o wirusach nic nie wiedział. Zauważono jednak, że te paskowane tulipany pojawiały się w ogrodzie całkiem spontanicznie, jakby za sprawą mocy czarodziejskich. Właściciele tulipanów cierpliwie więc czekali i pewnie żarliwie się modlili, żeby te moce ich nawiedziły i żeby chociaż jeden taki pstry tulipan na wiosnę zakwitł na zagonie. I często ich modlitwy były wysłuchane. Mszyce robiły swoje, roznosiły wirusy przy każdym wkłuciu się w tkankę kolejnego tulipana. Nie tylko mszyce, ogrodnicy używający tego samego noża do ścinania kwiatów, również przenosili sok z zakażonego tulipana na jego zdrowych towarzyszy.
Takie zakażone cebule tulipanów osiągały bajońskie ceny. Zapisy z tamtych czasów podają, że właściciel jednej takiej cebuli otrzymał w zamian 5 hektarów ziemi, inny karocę, parę koni i prawie 3 tysiące funtów w gotówce. Podobnie niewiarygodnych transakcji było całe mnóstwo.
Dzisiaj bardzo dobrze wiemy, że takie pstre tulipany, to najczęściej tulipany zainfekowane wirusem. Pomimo atrakcyjnego wyglądu, rosną one słabiej i dosyć szybko degenerują. Ale zanim same znikną, zdążą zakazić inne zdrowe rośliny. Dlatego, jeżeli zauważymy wśród posadzonych tulipanów takie egzemplarze, a dobrze pamiętamy, że sadziliśmy odmiany bez pstrokatych przebarwień, to nie czekamy aż mszycie rozniosą wirusy, lecz wyrywamy zainfekowany rośliny razem z cebulą i palimy. Nie wolno takich tulipanów wyrzucać na kompostownik. Oczywiście, tulipany zdrowe, które z natury są paskowane, zostawiamy w spokoju.
Na podstawie: Bulbs. The Time-Life Encyclopaedia Of Gardening, 1978































💬 Komentarze