Koniec stycznia i początek lutego to też ostatni dzwonek na wysiew nasion pelargonii rabatowych (Pelargonium zonale). Tak, te atrakcyjne i lubiane pelargonie bez problemu możemy rozmnożyć z nasion na parapecie okiennym, jeżeli odpowiednio wcześnie zaczniemy tę przygodę, czyli teraz.
Nasiona kupujemy w sklepie ogrodniczym. W torebce nie ma ich za wiele. Ich liczba zależy od odmiany oraz producenta. Nasiona są dosyć duże więc łatwo je wysiać pojedynczo lub po 3-4 sztuki do małych doniczek wypełnionych podłożem do wysiewu, też do kupienia w dobrych centralach ogrodniczych. Kiełkują dosyć szybko w ciepłym i widnym miejscu. Dostęp światła jest kluczowy, żeby młode siewki się nie wyciągały nadmiernie. Możemy zastosować dodatkowe oświetlenie, którego jest dokładnie opisane na łamach tego bloga. Młodych siewek nie zasilamy przez pierwsze dwa miesiące od wykiełkowania. Czekamy, aż dzień stanie się dłuższy i światło słoneczne bardziej intensywne. Dopiero wtedy możemy zastosować zasilanie dobrym nawozem płynnym w połowie zalecanego na opakowaniu stężenia.
Kiedy tylko pogoda pozwoli, „wyprowadzamy” młode rośliny na zewnątrz, co pozwoli na ich spokojne hartowanie. Jeżeli noce są chłodne lub nawet z przymrozkami, pelargonie wnosimy do pomieszczenia.
Bohaterkami zdjęcia powyżej są pelargonie, które wyrosły z nasion wysianych pod koniec stycznia.
Rośliny zaczynają kwitnąć pod koniec czerwca lub na początku lipca. I kwitną aż do mrozów. Doskonale rosną w doniczkach, skrzynkach oraz posadzone bezpośrednio na rabaty. Jeżeli wysialiśmy mieszankę kolorów, czeka nas miła niespodzianka. Z doświadczenia wiem, że najmniej jest w takich mieszankach białych pelargonii.
Przekwitłe kwiatostany usuwamy albo nie. Namawiam, żeby część z nich zostawić, zwłaszcza te które zaczynają wytwarzać „bocianie dzioby”. Pelargos to po grecku bocian, czytelna aluzja do kształtu pojawiających się pelargoniowych owoców.
Cierpliwie czekamy, aż „dzioby” zaschną i zaczną pękać. Objawem ich dojrzałości jest pojawiający się puch nasienny. Wtedy delikatnie ścinamy całe owocostany, wkładamy do obszernych papierowych toreb i umieszczamy w suchym oraz przewiewnym miejscu, gdzie poczekają do końca stycznia następnego roku.
Kiedy ten czas nastąpi, „młócimy” przechowane torebki nasienne między palcami tak by wypadły z nich nasiona. Niestety, ich oddzielenie jest dosyć trudne i żmudne, więc tym razem nie siejemy ich pojedynczo tylko hurtowo razem z suchymi resztkami owoców. Tym razem nasiona wykiełkują dosyć gęsto, więc gdy podrosną pikujemy je pojedynczo lub po kilka do doniczek i cykl uprawowy się powtarza. Co jest najbardziej fascynujące w tej przygodzie, to fakt że wysianych nasion wyrastają pelargonie, które często różnią się od swoich rodziców, przede wszystkim kolorem kwiatów, liczbą płatków, a nawet pokrojem. Jednak nie przypisujmy tej zasługi tylko sobie, za tę zmienność odpowiada genetyka, nasze starania, opieka pozwalają jej po prostu zaistnieć.
Co zrobić z dorosłymi roślinami? Po prostu przechować je zimą w widnym i w miarę chłodnym pomieszczeniu, gdzie doczekają spokojnie wiosny i znów obficie zakwitną.


















💬 Komentarze